0:00/ 0:00
Kazania

Aksamitna rewolucja — Wielki Czwartek

Aksamitna rewolucja — Wielki Czwartek

W ten dzień doko­na­ła się rewo­lu­cja. Dosko­na­ła, bo aksa­mit­na rewo­lu­cja. Doty­czy­ła zmia­ny kul­tu Boże­go i kapłań­stwa. Z ofiar zwie­rząt, pło­dów rol­nych, czy ofiar z nie­wol­ni­ków ludz­kość weszła w erę bez­kr­wa­wej Ofia­ry Jezu­sa. Prze­pis na nowe skła­da­nie ofia­ry podał Zba­wi­ciel pod­czas żydow­skiej Pesach. Zaczę­ła się nowa epo­ka — epo­ka Eucha­ry­stii. Wszyst­kie­mu temu, przy­glą­dał się oko­ło dwu­dzie­sto­let­ni naj­młod­szy z apo­sto­łów. Jan mu było na imię. Syn Zebe­de­usza i Salo­me. Odkrył powo­li ze star­szy­mi ucznia­mi tę tajem­ni­cę aksa­mit­nej rewo­lu­cji Pana, wypeł­nie­nia wszyst­kich pro­roctw Sta­re­go Testa­men­tu i usta­no­wie­nia nowe­go Kapłań­stwa i nowej Ofia­ry. Po latach napi­sał o tym w swo­jej Ewan­ge­lii bar­dziej mistycz­nie, ina­czej niż Marek, Mate­usz i Łukasz.

Kościół nadał Jano­wi w iko­no­gra­fii ewan­ge­li­stów sym­bol orła. Orła cha­rak­te­ry­zu­je orli wzrok. Lecz Jan z począt­ku nie dowie­rzał temu co widzi. W dniu Ostat­niej Wie­cze­rzy Jan był zasko­czo­ny i oszo­ło­mio­ny. Jezus bowiem rady­kal­nie zmie­nił seder lejl Pesach — porzą­dek świę­te­go dnia Pas­chy. Wspól­no­ta uczniów swo­ją wie­cze­rzę pas­chal­ną zapla­no­wa­ła na dzień wcze­śniej, jak to było dozwo­lo­ne u piel­grzy­mów. Mistrz spie­szył się. My wie­my dokąd. Prze­czu­wał mękę i śmierć. Ucznio­wie tego wów­czas nie ogar­nia­li. Do domu zna­jo­me­go, Wie­czer­ni­ka — Coena­cu­lum — Sali na Górze, na zbo­czu góry Syjon — poza mura­mi sta­ro­żyt­nej Jero­zo­li­my I. wie­ku ucznio­wie weszli jak do sie­bie. Ale zaraz potem zaczę­ło się nie­spo­dzie­wa­ne.

Jezus zarzą­dził mycie nóg. Zasko­cze­nie uczniów wiel­ką zmia­ną świę­tej u żydów kola­cji poma­ga zro­zu­mieć nam dzi­siej­sze Sło­wo Jana. Ono nas przy­wró­ci tam­tej atmos­fe­rze: Było to przed Świę­tem Pas­chy. Jezus (…) wstał od wie­cze­rzy i zło­żył sza­ty. A wziąw­szy prze­ście­ra­dło nim się prze­pa­sał. Potem nalał wody do mied­ni­cy. I zaczął umy­wać uczniom nogi i ocie­rać prze­ście­ra­dłem, któ­rym był prze­pa­sa­ny. (J 13, 1–4). Św. Jan nie mówi wprost o tajem­ni­cy usta­no­wie­nia Eucha­ry­stii, któ­rą odda­ją star­sze trzy Ewan­ge­lie. Isto­tę nowe­go prze­bie­gu Pas­chy i jej sens, wyra­ża dla nas umy­ciem uczniom nóg przez same­go Jezu­sa. To tajem­ni­ca Eucha­ry­stii: misją wspól­no­ty Jezu­sa będzie służ­ba, kult będzie bez­kr­wa­wy i pro­sty. Nie pano­wa­nie, urząd, orga­ni­za­cja, pie­niądz, lecz odda­nie, ofia­ra, misja. Czy to rozu­mie­my? Jan pisząc tak dużo o Zba­wi­cie­lu posłu­gu­ją­cym, ręcz­ni­ku i mied­ni­cy nie uwa­ża bycia uczniem, apo­sto­łem czy bycia księ­dzem za jakąś pra­cę, lecz za służ­bę. Piotr nawet zapro­te­sto­wał. Ale szyb­ko zamilkł. Zoba­czył, że to jest isto­ta nowej, aksa­mit­nej rewo­lu­cji w litur­gii. Nowa misja poka­zy­wa­ła Boga słu­żą­ce­go we wspól­no­cie. Czy tak dziś nie jest u nas? Bóg słu­ży, daje się naszej wspól­no­cie, daje cią­gle wię­cej. Zapra­sza do bli­sko­ści. Doty­ka naszych stóp w tych wybra­nych Dwu­na­stu naszych przy­ja­cio­łach.

Świat zwykł nas zachę­cać do powierz­chow­no­ści, nie do bli­sko­ści. Eucha­ry­stia pole­ga na odkry­ciu, że tu to Jezus sam nas wię­cej uczy, sam nam wska­zu­je, sam modli się przy nas i sam odkry­wa nasze życie. On przez swo­ją bli­skość odra­dza w nas ducho­wą głę­bię. Dla­te­go sły­szy­my dziś Jezu­so­we pyta­nie: „Czy rozu­mie­cie, co wam uczy­ni­łem? Wy Mnie nazy­wa­cie „Nauczy­cie­lem” i „Panem”, i dobrze mówi­cie, bo nim jestem. Jeże­li więc Ja, Pan i Nauczy­ciel, umy­łem wam nogi, to i wy powin­ni­ście sobie nawza­jem umy­wać nogi. Dałem wam bowiem przy­kład, aby­ście i wy tak czy­ni­li, jak Ja wam uczy­ni­łem” (Por. J 13, 1–15).

Przy­po­mi­na się inna sce­na biblij­na „z goły­mi sto­pa­mi”. Księ­ga Wyj­ścia: Moj­żesz otrzy­mu­je od Boga nową misję, któ­rą ma być exo­dus ludzi z Egip­tu, domu nie­wo­li. Żydzi przej­dą suchą sto­pą morze, będą wol­ni. Jed­nak Moj­żesz przed wyzwa­la­ją­cym Bogiem, któ­ry przed­sta­wia się Jestem, Któ­ry Jestem, w wizji z krze­wem gore­ją­cym musi pierw zdjąć san­da­ły w obec­no­ści Boga. Tak Jan i apo­sto­ło­wie ścią­ga­ją san­da­ły w obec­no­ści Boga. I wcho­dzą w tajem­ni­cę bez­kr­wa­wej Ofia­ry, jej nowe­go Kapła­na. Dopie­ro wte­dy są goto­wi, bo pozna­li Go napraw­dę. Lecz nie wszy­scy.

Nic dziw­ne­go, że po obmy­ciu nóg Judasz nie wytrzy­mał, wyszedł. Jego wyobra­że­nie o kró­lu było inne. Chciał sobie tyl­ko doro­bić na Jezu­sie. A tu jakaś pokor­na służ­ba i misja z mied­ni­cą w tle? Dosyć było już tego dla nie­go. Jan — benia­mi­nek i goło­wąs wśród apo­sto­łów widział to napię­cie na linii Mistrz — zdraj­ca. Wyda­rze­nia dzie­ją się szyb­ko. Jan ujrzał miłość Boga posia­da­ją­cą wymiar uni­wer­sal­ny, abso­lut­ny, pro­sto­dusz­ny i niko­go nie wyklu­cza­ją­cy. Miło­ścią Jezu­sa obję­ty jest i Judasz. Jezus klę­czał prze­cież przed swo­im zdraj­cą. Umył mu nogi. Liczył może, że jesz­cze nawró­ci jego ser­ce. Nie uda­ło się. Tak bywa i cza­sa­mi z współ­cze­snym grze­chem. Miłość Jezu­sa pod­le­ga zra­nie­niu, odmo­wie, nie­zro­zu­mie­niu. Czy i w tych cza­sach tak nie jest? Jed­nak Mesjasz umi­ło­waw­szy swo­ich na świe­cie do koń­ca ich umi­ło­wał. Popro­wa­dził ich dalej.

Po wyj­ściu zdraj­cy roz­wi­ja się nowy sce­na­riusz. U pra­wo­wi­tych żydów to nie do pomy­śle­nia, a Jezus zmie­nił tra­dy­cyj­ne modli­twy sede­ro­we­go świę­ta. W cza­sie wie­cze­rzy On peł­nił obo­wiąz­ki Gło­wy domu, lide­ra 12 męż­czyzn. Wie­my to z prze­ka­zów innych ewan­ge­li­stów. Gdy stół był zasta­wio­ny, po modli­twie nad kie­li­chem i wypi­ciu czę­ści czer­wo­ne­go wina, obmy­ciu rąk nastą­pi­ło łama­nie się nie­kwa­szo­nym chle­bem. W tym momen­cie trwa­ła wła­śnie modli­twa za chleb, któ­ra brzmi zna­jo­mo dla kapła­nów: Bło­go­sła­wio­ny jesteś, Panie wszech­świa­ta, któ­ry dałeś́ nam chleb, owoc zie­mi… W tym miej­scu Chry­stus dodał zaska­ku­ją­ce sło­wa, któ­re są nie­ocze­ki­wa­ne: Bierz­cie i jedz­cie to jest Cia­ło moje. Następ­ną czę­ścią wie­cze­rzy jest czy­ta­nie Haga­dy, czy­li histo­rii wyj­ścia Żydów z Egip­tu. Potem zapew­ne spo­ży­wa­no wcze­śniej przy­go­to­wa­ne­go baran­ka, nie łamiąc przy tym jego kości. To tutaj zapew­ne mia­ło miej­sce bło­go­sła­wień­stwo wina: Bło­go­sła­wio­ny jesteś, Panie nasz, Boże wszech­świa­ta, któ­ry stwo­rzy­łeś owoc wina… i wte­dy Chry­stus podał kie­lich, mówiąc: Pij­cie z nie­go wszy­scy, to jest moja Krew. To czyń­cie na moją pamiąt­kę. Tak zaczę­ła się nowa histo­ria.

Chry­stus powie­dział tak, by pod­kre­ślić, że apo­sto­ło­wie nie uczest­ni­czą jedy­nie w jego poże­gnal­nej uczcie. Tymi sło­wa­mi nastą­pi­ło wyświę­ce­nie obec­nych uczniów na kapła­nów i powo­ła­nie całej wspól­no­ty do kapłań­stwa. Pamiąt­ka pierw­szej Mszy św. wyróż­nia nas rów­nież na inny spo­sób. Świą­ty­nia cała od tej pory mie­ści­ła się w tor­bie podróż­nej. Prze­pis na dosko­na­łą świą­ty­nię to: apo­stoł, sło­wa Jezu­sa, chleb i wino. Tu i teraz dzie­je się to samo. Nie­sie­my tę „nowość” naj­szla­chet­niej­szej z modlitw w następ­ne wie­ki i lata. Wybie­ra­my powo­ła­nych na nowych sza­fa­rzy, dia­ko­nów, pre­zbi­te­rów i bisku­pów, aby nie zagi­nę­ła naj­do­sko­nal­sza for­ma dzięk­czy­nie­nia i bli­sko­ści z Bogiem. Pamię­taj­my: Jezus nauczył nas nie tyl­ko Ojcze Nasz, ale przede wszyst­kim spra­wo­wa­nia zna­ku Jego Bli­sko­ści — Mszy św. Wspól­no­ta całe­go Kościo­ła nosi od tam­tej pory ze sobą Eucha­ry­stię. Tym się wyróż­nia. A wła­ści­wie to Eucha­ry­stia nosi nas i nas wyróż­nia. Ona kreu­je nas na misjo­na­rzy. Nie daje nam zasnąć przez swo­ją rady­kal­ną zawar­tość: Bóg-Czło­wiek sam się ofia­ru­je jako żer­twa. Jan tak to zro­zu­miał. Doko­na­ła się praw­dzi­wa rewo­lu­cja. A my w jej cią­gu uczest­ni­czy­my.

W ten spo­sób tajem­ni­ce Pana zdo­by­wa­ją życie Jana i apo­sto­łów. Apo­sto­ło­wie inten­syw­nie prze­ży­wa­ją swo­je Tri­du­um — Trzy Dni — są wta­jem­ni­cza­ni. Te trzy dni to ostat­nie akor­dy nauki Jezu­sa, koro­nu­ją trzy lata wta­jem­ni­cza­nia. Ale są naj­bar­dziej donio­słe i prze­mie­nia­ją­ce.

Po wie­cze­rzy w Wiel­ki Czwar­tek ucznio­wie idą za Jezu­sem do ogro­du Get­se­ma­ni. Tam jed­nak nie czu­wa­li dosta­tecz­nie nad Nim i im Go zabra­no, aresz­to­wa­no. Za te nie­do­peł­nio­ne godzi­ny czu­wa­nia będą się wsty­dzić potem. Wta­jem­ni­cze­nie Jana i apo­sto­łów oka­że się jesz­cze nie wystar­cza­ją­ce, może za płyt­kie. Bo nie utrwa­lo­ne peł­nią Tajem­ni­cy Cia­ła i Krwi Zba­wi­cie­la. Ona cze­ka na wspól­no­tę naza­jutrz. Zoba­czą wiel­ko­piąt­ko­we dopeł­nie­nie i wiel­ka­noc­ne wypeł­nie­nie. Ale my wspól­no­to­wo dziś te bra­ku­ją­ce godzi­ny czu­wa­nia uczniów dopeł­nia­my na ołta­rzach całe­go świa­ta i na ado­ra­cjach Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu. Nikt nas w tym nie zastą­pi. To godzi­ny świę­te­go mil­cze­nia i wię­zi z Bogiem, któ­ry sie­bie pozwa­la nazwać Słu­gą, Bogiem miło­sier­nym, Bogiem bli­skim na Eucha­ry­stii, Bogiem bli­skim w tym świe­cie.

Opo­wie­ści o swo­im wta­jem­ni­cze­niu dokoń­czy nam św. Jan jutro.

/​ks. inf. Dariusz Raś/