0:00/ 0:00
Kazania

Autostradą do nieba — Wielki Piątek

Autostradą do nieba — Wielki Piątek

Wczo­raj podą­ża­li­śmy za rela­cją św. Jana z Ostat­niej Wie­cze­rzy i usta­no­wie­nia nowe­go kul­tu, litur­gii bli­sko­ści z Bogiem, któ­ry sta­je się Słu­gą aż po mycie nóg. Jezus rady­kal­nie zmie­nił seder lejl Pesach — porzą­dek świę­te­go dnia Pas­chy, usta­no­wił sakra­ment świę­ceń i Eucha­ry­stii. Jan dziś odkry­wa przed nami nowe tajem­ni­ce Mesja­sza.

Dzi­siaj spo­wal­nia­my, medy­tu­je­my, zatrzy­mu­je­my się z Janem pod krzy­żem, pomi­mo tego, że na dzi­siej­szym świe­cie cią­ży syn­drom auto­stra­dy, czy­li pości­gu za szyb­kim ziem­skim suk­ce­sem. Świat pro­po­nu­je tzw. jaz­dę bez trzy­man­ki, bra­wu­rę. A czło­wiek tego już nie wytrzy­mu­je. Ludzie cier­pią z powo­du cią­głe­go poszu­ki­wa­nia. Pośpiech prze­waż­nie nie jest dobrym roz­wią­za­niem. Zna­my przy­sło­wie: „gdy się czło­wiek śpie­szy, to się dia­beł cie­szy”.

Więc nie spiesz­my się. Daj­my sobie czas. Jan bowiem jako jedy­ny naocz­ny świa­dek, jedy­ny z apo­sto­łów, zapa­mię­tał dla nas tajem­ni­cę dobro­wol­ne­go cier­pie­nia Pana na krzy­żu. Prze­ży­wa­my za Janem Jezu­so­we tor­tu­ry, biczo­wa­nie, dostrze­ga­my kpiar­ski kró­lew­ski płaszcz i koro­nę z cier­nia. Obser­wu­je­my przej­ście po mie­ście z bel­ką, wyj­ście na Gol­go­tę, samo ukrzy­żo­wa­nie. Jan popro­wa­dzi nas za Jezu­sem pod sam krzyż, pod tę hanieb­ną rzym­ską szu­bie­ni­cę. Ale to tam Jan odkrył blask praw­dy Jezu­sa, bo stam­tąd i tyl­ko stam­tąd, z tego skrzy­żo­wa­nia ludz­kich i Bożych losów pro­wa­dzi pew­na „auto­stra­da” do nie­ba. Klu­czem na tym skrzy­żo­wa­niu są sło­wa: ofia­ra, trud, poświę­ce­nie, miłość, do koń­ca. To są pasz­por­ty do nie­ba, do pas­chy — przej­ścia, do wyjaz­du z ron­da ludz­kich sła­bo­ści i grze­chów, do naj­szyb­sze­go owo­co­wa­nia i for­tu­ny. Nie moż­na uni­kać krzy­ża, nie moż­na uni­kać poświę­ce­nia, ale trze­ba się go raczej nauczyć. Jan pod krzy­żem to widział i uczył się inten­syw­nie Jezu­so­we­go spo­so­bu na szczę­ście. Ono dopeł­ni się już wkrót­ce.

Po nie­sław­nym dla gro­na apo­sto­łów poj­ma­niu Jezu­sa, widać Jan naj­szyb­ciej się otrzą­snął. Sta­nął pod krzy­żem. Może wdzięcz­nie pamię­tał wspa­nia­łe trzy lata u boku Jezu­sa, peł­ne prze­żyć, wędró­wek, cudów i chciał być bli­żej Mistrza? Może był naj­od­waż­niej­szym z uczniów? Może zawdzię­czał to swo­jej mamie Salo­me? U św. Mar­ka czy­ta­my bowiem „Były tam rów­nież nie­wia­sty, któ­re przy­pa­try­wa­ły się z dale­ka, mię­dzy nimi Maria Mag­da­le­na, Maria, mat­ka Jaku­ba Mniej­sze­go i Józe­fa, oraz Salo­me”. Jak­że cie­ka­we jest to, że mając tuż obok sie­bie swo­ją wła­sną mat­kę, Jan usły­szał naraz z wyso­ko­ści krzy­ża Jezu­so­we sło­wa „Oto Mat­ka Two­ja” wska­zu­ją­ce mu Mary­ję, a nie Salo­me. Sło­wa Zba­wi­cie­la są dla Jana skar­bem. Mary­ja wię­cej daje niż otrzy­mu­je. Te sło­wa zapew­ne sły­sza­ła tak­że i Salo­me. Jaki w niej wzbu­dzi­ły rezo­nans? Pew­nie razem z Janem zro­zu­mie­li w lot testa­ment Jezu­sa: „macie Ją wziąć do rodzi­ny, jako Jej jedy­ny Syn prze­ka­zu­ję Wam opie­kę nad Mamą, Ona nie może zostać sama. Ale za to jeste­ście uprzy­wi­le­jo­wa­ni”. Św. Jan pod­jął testa­ment spod krzy­ża. Wypeł­nił co był przy­rzekł. I stał się przez to młod­szym bra­tem Jezu­sa. Zaopie­ko­wał się Mat­ką Jezu­sa, a może bar­dziej to Ona — Bło­go­sła­wio­na się nim i Salo­me opie­ko­wa­ła aż do wnie­bo­wzię­cia.

Nie spo­sób nie odnieść się i do nas: i my chcie­li­by­śmy mieć taki przy­stęp do Boga i jego tajem­nic rodzin­nych jak Jan. I go mamy. Mamy Mary­ję za Mat­kę w tym pra­sta­rym koście­le archi­pre­zbi­te­rial­nym. Jeste­śmy para­fią Jej imie­nia. Jeste­śmy po tro­sze jej opie­ku­na­mi jak Jan. Jeste­śmy tym uprzy­wi­le­jo­wa­ni wszy­scy, jak rów­nież mia­sto Kra­ków. Bo to rów­nież Jej opie­ka nad nami. Opie­ka kró­lew­ska, bo Mat­ki Chry­stu­sa Kró­la. To jest nasza pew­ność dro­gi do nie­ba, nasza „Auto­stra­da pew­na do nie­ba”! Tyle tu Jej, Mat­ki Jezu­sa, świąt, rocz­nic, modlitw, wize­run­ków, ikon, nowenn. Tutaj jest dom Maryi. Ten nasz przy­wi­lej zresz­tą doty­czy całe­go nasze­go Kościo­ła powszech­ne­go. Mamy Mary­ję za Mat­kę.

Wróć­my do opo­wie­ści Jana. Co wię­cej dzie­je się pod krzy­żem? Jan po krzy­żem doty­ka prócz pro­ble­mu posze­rze­nia rodzi­ny o Mary­ję cał­kiem nowej tajem­ni­cy. Przez Ofia­rę Jezu­sa, może przy­go­to­wać się do wła­snej dro­gi życio­wej. Pod krzy­żem Jan uczy się praw­dy o reali­zmie życia. Praw­dy, że są dni try­um­fu, rado­ści, chwal­by, są i te trud­niej­sze, jak u same­go Syna Boże­go, gdzie krzy­czy się „Eli, Eli, lama sabach­tha­ni” i „wyko­na­ło się!”. Nie moż­na wybie­rać jed­nych i uni­kać dru­gich. Razem są praw­dzi­wie chrze­ści­jań­ską mądro­ścią. Jan dożył wie­ku sędzi­we­go, kie­ru­jąc pierw­szy­mi wspól­no­ta­mi w Azji. Był fila­rem Kościo­ła. Zacho­wa­ły się z tego okre­su jego trzy listy i Apo­ka­lip­sa. Oczy­wi­ście czwar­ta Ewan­ge­lia. Prze­żył wie­le rado­ści, miał wiel­ką satys­fak­cję! Trze­ba ku praw­dzie powie­dzie, że był bar­dzo obe­zna­ny ze śmier­cią: choć­by pierw­szych męczen­ni­ków. Jan stał pod krzy­żem pierw­sze­go Kościo­ła. Sam cier­piał wygna­nie na Pat­mos, a nawet tor­tu­ry. Jego życie mia­ło jed­nak zawsze sens sze­ro­ki, zawie­ra­ło radość i trud. Dużo wię­cej tego pierw­sze­go.

Jak­że wie­lu współ­cze­snych Jano­wych rówie­śni­ków, z poko­le­nia 20, 30 lat­ków dziś żyje w prze­świad­cze­niu, że trze­ba uni­kać odpo­wie­dzial­no­ści i ofia­ry? Oni raczej nie ado­ru­ją pasji Jezu­sa, nie uczą się od Mistrza i Boga. Cią­gle pędzą. Nie są wta­jem­ni­cze­ni w chrze­ści­jań­stwo. Dokąd oni pędzą? Taki bra­wu­ro­wy i lek­ki styl życia odby­wa się kosz­tem wewnętrz­nym i zewnętrz­nym. Rośnie licz­ba cho­rych na depre­sję. For­sal wprost alar­mo­wał w lutym 2018 roku: „W Pol­sce mamy epi­de­mię samo­bójstw. Obo­wią­zu­je model lemin­ga pędzą­ce­go do prze­pa­ści. (…) Licz­ba samo­bójstw popeł­nia­nych przez męż­czyzn — Pola­ków jest pią­ta na świe­cie. Czyż­by­śmy byli rado­snym naro­dem, któ­re­go przed­sta­wi­cie­le popeł­nia­ją nie­ocze­ki­wa­nie dużo samo­bójstw? Skąd bio­rą się więc rekor­dy spo­ży­cia leków prze­ciw­bó­lo­wych, nasen­nych i prze­ciw­de­pre­syj­nych?” Maka­bra kry­je się w tym, że ludz­kie życie może być trak­to­wa­ne tak bar­dzo try­wial­nie, bo tyl­ko kon­sump­cyj­nie! Jezus nie zba­wił kon­su­men­ta, lecz czło­wie­ka. Dał mu dla­te­go pew­ny znak. Kto ten znak rozu­mie, podą­ża szyb­ko ku Górze i wiel­kich wyzwań nie uni­ka. Pomi­mo wszyst­kich chwa­leb­nych praw mię­dzy­na­ro­do­wych i pań­stwo­wych, czło­wiek w świe­cie rozu­mia­ny jest głów­nie jako kon­su­ment. Nie daj­my sobie tego wmó­wić my chrze­ści­ja­nie. Posia­da­nie pilo­ta w ręku wyzna­cza men­tal­ność samot­ne­go uczest­ni­ka w wyści­gu kon­su­men­tów. Nie­rzad­ko kom­pu­te­ro­wa mysz­ka zamy­ka czło­wie­ka na czło­wie­ka już w naj­bliż­szej rodzi­nie. Czę­sto dostęp do Inter­ne­tu w komór­ce zabie­ra czło­wie­ko­wi czas wol­ny i nie ma już go nawet na pro­sty znak krzy­ża na począ­tek i koniec dnia… Życie umy­ka. Gdzie sens i gdzie logi­ka?

Chrze­ści­ja­nie ado­ru­ją krzyż, nie po to, aby cier­pięt­ni­czo żało­wać Boga. Nie. Jak Jan uczą się pod krzy­żem lepiej żyć, kochać i kie­ro­wać wła­snym życiem. Dziś trze­ba nam zro­zu­mieć jesz­cze raz tę logi­kę krzy­ża. Jeśli ktoś będzie uni­kać krzy­ża Jezu­sa, nie będzie zdol­ny do czy­nów Jezu­sa. Naszą łaskę, siłę, wol­ność od grze­chu, czy­li prze­bó­stwie­nie zawdzię­cza­my Jezu­so­wi — rów­nież Jego zbaw­cze­mu cier­pie­niu — a nie naszej ludz­kiej aktyw­no­ści czy kon­su­mo­wa­niu. Życie czło­wie­ka bez krzy­ża, tru­du i ofia­ry przej­dzie jało­wo i sta­nie na koń­cu połą­czo­ne tyl­ko ze speł­nia­niem zmy­sło­wo­ści, będzie kary­ka­tu­rą ludz­kich moż­li­wo­ści. Sta­nie się w koń­cu cię­ża­rem, absur­dem, roz­pa­czą.

W cza­so­prze­strze­ni nasze­go wiel­ko­post­ne­go nawró­ce­nia na życie wiecz­ne, krzyż zro­zum­my nie jako cięż­ką bel­kę, lecz jako skrzy­dła. Dzię­ki krzy­żo­wi czło­wiek wzno­si swo­je aspi­ra­cje. Krzyż to rów­nież skrzy­dła wspól­no­ty Kościo­ła. A apo­stoł Jan nas tego dys­kret­nie uczy. Kościół Jano­wy wzno­si się ku Górze na krzy­żu wraz z Jego Panem. Odda­je się cały Bogu. Czło­wiek uwal­nia się wów­czas od ziem­skich zafał­szo­wań i syn­dro­mu ziem­skie­go pośpie­chu. Krzyż Zba­wi­cie­la jest dla­te­go po Pasji drze­wem zie­lo­nym i peł­nym owo­ców. Dla­te­go gło­si­my Chry­stu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go, któ­ry wie­dzie do rado­ści dnia jutrzej­sze­go, do owo­co­wa­nia. Bo tam wie­dzie nas dro­ga ozna­ko­wa­na krzy­żem. To jedy­na pew­na „auto­stra­da do nie­ba”.

Za Janem podą­ży­my teraz ku ado­ra­cji krzy­ża, a jutro ku tajem­ni­cy puste­go gro­bu. Świad­kiem będzie rów­nież świę­ty Jan, któ­ry ujrzał i uwie­rzył. Amen.

/​ks. inf. Dariusz Raś/