0:00/ 0:00
Kazania

Gliniane serce

Gliniane serce

Apo­sto­ło­wie prze­ży­li wiel­ki szok. Zba­wi­ciel czy­ni spek­ta­ku­lar­ny cud uzdro­wie­nia. Oży­wia uschłą od uro­dze­nia rękę! Dla Apo­sto­łów to swo­ista foto­gra­fia-błysk-flesz bóstwa Jezu­sa i nauka miło­ści. Tę sytu­ację opi­su­je dzi­siej­sze Sło­wo z Ewan­ge­lii św. Mar­ka w roz­dzia­le 2. Bo tyl­ko Bóg potra­fi tak kochać, stwa­rzać, wskrze­szać, zmar­twych­wsta­wać, zba­wiać i leczyć w sekun­dzie. Bóg potra­fi z miło­ści stwo­rzyć z gli­ny zie­mi cia­ło, i tchnąć weń duszę. Co wię­cej, potra­fi z miło­ści do czło­wie­ka uzdro­wić jed­nym zna­kiem oschłą duszę, co dzie­je się w cza­sie czy­nie­nia sakra­men­tów. Na przy­kład pod­czas Mszy św. czy w kon­fe­sjo­na­le…

Czło­wiek stwo­rzo­ny na obraz Boży tak­że potra­fi kochać. Ale nie potra­fi stwa­rzać, ani uzdra­wiać w jed­nej chwi­li. Czło­wiek nie stwa­rza, ale two­rzy. Zuży­wa ele­men­ty już uprzed­nio dane, uży­wa otrzy­ma­nych z Góry talen­tów — daru miło­ści Boga. Bazu­je rów­nież na swo­im wykształ­ce­niu. „Wytwa­rza” w ten spo­sób wie­le dobra. Jed­na uwa­ga: czło­wiek potra­fi rów­nież swo­je talen­ty zaprze­pa­ścić i uży­wać ich „bez trzy­man­ki”, a nawet sie­bie degra­do­wać, kochać w spo­sób wadli­wy. Czło­wiek co praw­da z natu­ry poszu­ku­je wyż­sze­go porząd­ku, miło­ści z Góry, czę­sto jed­nak koń­czy się to na tzw. sta­ra­niu się i dobrych inten­cjach. A tymi ostat­ni­mi wg sta­re­go pol­skie­go przy­sło­wia pie­kło jest wybru­ko­wa­ne.

Czło­wiek to nawet zako­chać się w sobie potra­fi. Prze­cież zostać ego­istą to rzecz cał­kiem pro­sta. Potrze­ba patrzeć dłu­go w lustro, nie w Nie­bo i rozu­mieć epi­ku­rej­skie hasło car­pe diem (pl. chwy­taj, skub dzień) jako hulaj dusza pie­kła nie ma.  Czło­wiek hoł­du­ją­cy zasa­dzie car­pe diem kon­su­mu­je swo­je życie, żeby zapo­mnieć o tym, że ono się skoń­czy. Czło­wiek wie­rzą­cy w zmar­twych­wsta­nie nie ma takiej potrze­by. Szu­ka głębi sze­ro­kiej miło­ści. Owszem, cie­szy się swo­im życiem na zie­mi jako wiel­kim darem, ale nie zali­cza moż­li­wie naj­więk­szej ilo­ści przy­jem­no­ści w moż­li­wie naj­krót­szym cza­sie, aby jak naj­wię­cej się „nacha­pać”. Wie, że na prze­ży­cie swo­je­go życia w peł­ni ma całą wiecz­ność.

Czło­wiek to nawet zako­chać się w dru­gim potra­fi bez pamię­ci i naskór­ko­wo. To nie­trud­ne. Lecz kochać sta­bil­nie i być za dru­gie­go odpo­wie­dzial­nym z miło­ści, kie­dy uczu­cia wio­sen­ne prze­mi­ną, to już zada­nie dla wie­lu ana­chro­nicz­ne, zbyt poukła­da­ne, jak­by ze świa­ta anty­ków. Świat i seria­le wska­zu­ją co robić, kie­dy prze­mi­ja roman­tyzm: naj­le­piej po paru latach wymie­nić tzw. part­ne­ra na now­szy model i porzu­cić. Czy wol­no i w imię cze­go wol­no tak czy­nić: mamić sie­bie i innych mira­ża­mi płyt­kich miło­ści?

Czło­wiek żyją­cy zmar­twych­wsta­niem uczy się kochać Boga i uczy się kochać od Boga. Im głę­biej Boga kocha­my tym lepiej też umie­my kochać. Dzie­je się to na róż­ne spo­so­by przez całe życie. Modli­twą i mil­cze­niem, śmie­chem i cza­sa­mi pła­czem, rado­snym życiem i kawał­ka­mi cier­pie­nia, odkry­wa­niem mądro­ści i dema­sko­wa­niem głu­po­ty, rozu­mem i wia­rą. Zna­ko­mi­ty kazno­dzie­ja pol­ski kie­dyś na kan­wie Ewan­ge­lii o uschłej ręce wiesz­czył tak: „Kto jest zako­cha­ny w pięk­nie swo­je­go cia­ła, prze­ży­je dra­mat, gdy owo pięk­no roz­sy­pie się jak zamek zbu­do­wa­ny ze śnie­gu.  Kto jest zako­cha­ny w dobrach tego świa­ta, prze­ży­je gorycz ich utra­ty w bystrych nur­tach upły­wa­ją­ce­go cza­su. Jedy­nie ten, kto jest zako­cha­ny w dobrach wiecz­nych, prze­ży­je radość, gdy gli­nia­ne jego ser­ce pęk­nie i przed świa­tem roz­bły­śnie jego Boska zawar­tość” (Ks. Edward Sta­niek).

Na gli­nia­ne życie czło­wie­ka cze­ka osta­tecz­nie takie final­ne sel­fie — roz­li­cze­nie z Panem Bogiem. Praw­dzi­wa foto­gra­fia życia. Wte­dy roz­bły­śnie cały praw­dzi­wy skarb-spi­chlerz czło­wie­ka, nasza Boska zawar­tość. Ona daje życiu praw­dzi­wy sens. Cho­dzi bowiem o war­to­ści naj­wyż­sze, któ­rych nie porzu­ca­my, a dla któ­rych żyje­my, i dla któ­rych poru­sza­my się i jeste­śmy.

Jesz­cze jed­no: uschła ręka nie może pra­co­wać. Nie moż­na jej też wycią­gnąć na powi­ta­nie. Uschłe ser­ce to jed­nak wie­le gorzej, bo nie umie kochać. Jeśli takie ser­ce w koń­cu otwo­rzyć, to w środ­ku tyl­ko cień i pust­ka. Żad­ne­go ziar­na i świa­tła Boże­go. Posia­dacz takie­go ser­ca koń­czy na zmy­sło­wych dozna­niach, wydu­ma­nych inten­cjach, czczych pra­gnie­niach. Nie nauczy się praw­dzi­wie kochać ani Boga, ani ludzi, ani sie­bie. Jeśli jed­nak ktoś o swo­je ser­ce zadba, żyje „wyso­ko”, czy­ni ser­ce wg ser­ca Stwór­cy. Gro­ma­dzi w nie świa­tło i życie.

Dla­te­go pro­śmy Jezu­sa w tym czerw­cu, kie­dy to czę­sto odma­wia­my lita­nie do Jego Ser­ca, aby zabły­snął w naszych wnę­trzach tak, jak w życiu czło­wie­ka z uschłą ręką. A wte­dy prze­cho­wa­my na dzień przej­ścia na dru­gi świat ten skarb w naczy­niach gli­nia­nych, aby z Boga była owa prze­ogrom­na moc, a nie z nas (2 Kor 4, 7). Amen.

/​ks. inf. Dariusz Raś/