0:00/ 0:00
Kazania

Łowca

Łowca

Kaza­nie wygło­szo­ne przez ks. inf. Dariu­sza Rasia pod­czas odpu­stu ku czci św. Andrze­ja Bobo­li u jezu­itów, w koście­le św. Bar­ba­ry 

Imię nasze­go boha­te­ra dnia, z grec­kie­go czy­ta się Andréas, ozna­cza męskitaki jak męż­czy­zna. Rzad­ko zda­rza się tak traf­na cha­rak­te­ry­sty­ka czło­wie­ka. On, Andrzej Bobo­la taki był. Moc­ny męż­czy­zna, jak łow­ca i myśli­wy. Jed­na z bio­gra­fek tak opi­su­je ową męskość nasze­go męczen­ni­ka: „gwał­tow­ny, szyb­ko reagu­ją­cy na bodź­ce, dzia­ła­ją­cy pod wpły­wem emo­cji, upar­ty, czę­sto dener­wu­je się i krzy­czy, ale rów­nież zde­cy­do­wa­ny, posia­da­ją­cy sil­ną wolę, ener­gicz­ny, moc­no zaan­ga­żo­wa­ny w to, co robi, dyna­micz­ny, aktyw­ny, wzbu­dza­ją­cy zaufa­nie (…), bar­dzo poryw­czy i nie­cier­pli­wy, szyb­ko wpa­dał we wście­kłość i upar­cie tkwił przy wła­snym zda­niu, choć nie zawsze miał rację. Posia­dał takie cechy cha­rak­te­ru, któ­re trud­no przy­pi­sać oso­bie świę­tej, a jed­nak został wynie­sio­ny na ołta­rze i to nie tyl­ko dla­te­go, że zgi­nął śmier­cią męczeń­ską” (Mag­da­le­na Wyżga).

Andrzej zda­wał sobie jed­nak spra­wę ze zło­żo­no­ści swo­je­go cha­rak­te­ru i potra­fił prze­kuć swo­je „ciem­ne” stro­ny na wiel­kie dobro. Nie­ustan­nie pra­co­wał nad sobą, poskra­miał sie­bie, a za to roz­wi­jał w opar­ciu o swo­ją nie­zwy­kłą męską siłę te cechy oso­bo­wo­ści, któ­re go prze­mie­ni­ły w łow­cę dusz. To natu­ral­ne nasta­wia­nie wypeł­nia­ło całe prze­strze­nie jego powo­ła­nia. Aż do nie­zwy­kłe­go koń­ca i naśla­do­wa­nia wprost męczeń­stwa same­go Zba­wi­cie­la.

Bio­graf­ka-dzien­ni­kar­ka zazna­cza jesz­cze jeden cie­ka­wy szcze­gół. To wła­śnie męskie, łow­cze uwa­run­ko­wa­nie cha­rak­te­ru spra­wi­ło, że prze­ło­że­ni dopu­ści­li Andrze­ja do „pro­fe­sji uro­czy­stej” – „naj­wyż­sze­go stop­nia w for­ma­cji jezu­ic­kiej, któ­ry w tam­tym cza­sie był dostęp­ny jedy­nie dla zakon­ni­ków wybit­nie uzdol­nio­nych, odzna­cza­ją­cych się nie­ska­zi­tel­ną moral­no­ścią i sta­no­wią­cych wzór do naśla­do­wa­nia dla pozo­sta­łych współ­bra­ci” (jw). Po takim szyb­kim „awan­sie” cóż mu było jesz­cze potrzeb­ne do zdo­by­wa­nia chrze­ści­jań­skiej dosko­na­ło­ści? Tyl­ko to, co wyma­ga­ło szcze­gól­nych pre­dys­po­zy­cji: misje w new­ral­gicz­nym tere­nie, tyglu kul­tu­ro­wym Rzecz­po­spo­li­tej Oboj­ga Naro­dów. Dla­te­go zapew­ne po świę­ce­niach kapłań­skich był pre­fek­tem bur­sy dla mło­dzie­ży w Nie­świe­żu, rek­to­rem kościo­ła w Wil­nie, prze­ło­żo­nym nowe­go domu zakon­ne­go w Bobruj­sku, kazno­dzie­ją w War­sza­wie, przede wszyst­kim zaś misjo­na­rzem na Pińsz­czyź­nie i Pole­siu. W całym tym cza­sie był zna­ny jako nie­zwy­kle sku­tecz­ny spo­wied­nik. Jego cha­ry­zmat słu­cha­nia spo­wie­dzi spra­wiał, że przy­cho­dzi­li do nie­go zatwar­dzia­li grzesz­ni­cy, a on ich łowił jak wpraw­ny rybak ryby, na jakimś boga­tym łowi­sku. Łaska Pana dia­me­tral­nie zmie­nia­ła w tym sakra­men­cie życie peni­ten­tów, a wie­lu pra­wo­sław­nych prze­cho­dzi­ło na kato­li­cyzm. W koń­cu koło Piń­ska zastał go feral­ny najazd Koza­ków. Czy była to reak­cja Złe­go na jego sku­tecz­ną służ­bę? Trud­no to jed­no­znacz­nie stwier­dzić.

Pod­czas wspo­mnia­ne­go najaz­du na Pińsz­czy­znę w 1657 roku pochwy­co­no ks. Andrze­ja. W Jano­wie na Pole­siu dłu­go wymyśl­ny­mi tor­tu­ra­mi nakła­nia­no go do porzu­ce­nia wia­ry kato­lic­kiej. Po dwóch godzi­nach męczeń­stwa Bobo­li, sły­ną­ce­go prze­cież z żywot­no­ści i nie­zwy­kłej ener­gii, po stra­cie zębów, języ­ka, warg, oka, wycię­ciu na skó­rze orna­tu, jezu­ita nadal żył i jak­by nie­mo wzy­wał Koza­ków do opa­mię­ta­nia. Wresz­cie drga­ją­ce w kon­wul­sjach cia­ło spu­ści­li Koza­cy na pole­pę sto­do­ły-rzeź­ni, i dwu­krot­ne cię­cie sza­blą po gar­dle prze­rwa­ło cier­pie­nia nasze­go dzi­siej­sze­go patro­na. Ten wytraw­ny łow­ca dusz stał się para­dok­sal­nie pokor­ną przy­nę­tą dla ludzi-dra­pież­ni­ków, któ­rzy tak wypa­czy­li i znie­na­wi­dzi­li Ewan­ge­lię, że pod­po­rząd­ko­wa­li swo­je życie nie­na­wi­ści etnicz­nej.

Wkrót­ce zwło­ki zamę­czo­ne­go odna­lazł oca­la­ły jakimś cudem z rze­zi miej­sco­wy pro­boszcz — ks. Jan Zale­ski. Cia­ło zło­żo­no do trum­ny i prze­nie­sio­no do kościo­ła. Był to począ­tek miej­sco­we­go kul­tu, któ­ry roz­sze­rzył się po latach na cały kraj, aby w roku 2002 zyskać nowy atry­but: św. Andrzej Bobo­la stał się ofi­cjal­nie patro­nem Pol­ski. Jako nie­zwy­kły „par­ty­zant” dusz nie prze­sta­je oddzia­ły­wać na wyobraź­nię naszej wia­ry, a jako patron od spraw szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nych budzi się wów­czas, kie­dy zło zagra­ża Ojczyź­nie.

Czy­ta­nie dzi­siej­sze Apo­ka­lip­sy św. Jana z 12. roz­dzia­łu odno­si się nie tyl­ko do męczen­ni­ków czy św. Andrze­ja patro­na, łow­cy dusz. Prze­cież sami jeste­śmy frag­men­tem owej wal­ki o nie­bo. Bitwa o nie­bo zosta­ła już co praw­da wygra­na w otwar­tej per­spek­ty­wie wiecz­no­ści i powszech­nej dostęp­no­ści do łaski, ale nie ma jesz­cze ogło­szo­ne­go zwy­cię­stwa w świe­tle naszych pry­wat­nych wybo­rów. Świę­ci, zwy­cię­ży­li dzię­ki krwi Baran­ka i dzię­ki sło­wu swo­je­go świa­dec­twa i tego, że nie umi­ło­wa­li życia na tej zie­mi ponad wszyst­ko. Dla­te­go my nie-świę­ci jesz­cze musi­my popra­co­wać. Sły­szy­my rów­no­cze­śnie przy­na­gle­nie inne­go męczen­ni­ka św. Paw­ła  (1 Kor 1, 17–18), aby­śmy uczy­li się pew­nej twar­do­ści wybo­rów, ich sta­bil­no­ści opar­tej na naśla­do­wa­niu same­go Zba­wi­cie­la. Nauka bowiem krzy­ża głup­stwem jest dla tych, co idą na zatra­ce­nie, mocą Bożą zaś dla nas, któ­rzy dostę­pu­je­my zba­wie­nia.

Misja chrze­ści­jań­ska zasa­dza się naj­peł­niej na Sło­wie Dobrej Nowi­ny. Dziś sły­szy­my od Jezu­sa potęż­ną zachę­tę, stresz­czo­ną w krót­kim zwro­cie: Aby świat uwie­rzył (J 17,21). Mowa zw. dłu­gim poże­gna­niem Jezu­sa dzie­je się w Wie­czer­ni­ku. Sły­szy­my Chry­stu­sa, któ­ry umac­nia do dawa­nia twar­de­go, kon­kret­ne­go, dono­śne­go świa­dec­twa wie­rze. W świe­cie naj­bar­dziej prze­ma­wia bowiem posta­wa jed­no­znacz­na, spój­na. Tak było i tak jest. Aby świat uwie­rzył. Nikt bowiem z nas nie jest nad Mistrza. Mowa ta jest dla nas nie­zwy­kle czy­tel­na, wzy­wa jak św. Andrze­ja do zespo­le­nia z Cia­łem i Krwią Jezu­sa, z pokar­mem i napo­jem odważ­nych. Aby świat uwie­rzył. Psalm 34 zapra­sza wprost: Skosz­tuj­cie i zobacz­cie, jak dobry jest Pan, szczę­śli­wy czło­wiek, któ­ry znaj­dzie w Nim uciecz­kę. Sło­wo Zba­wi­cie­la umac­nia nas wła­śnie do takie­go, szczę­śli­we­go i zara­zem walecz­ne­go sty­lu życia. Nie wahaj­my się stać przy­nę­tą dla ludzi-dra­pież­ni­ków. Po co? Aby świat uwie­rzył. Sta­je­my się wów­czas dziel­ny­mi i speł­nio­ny­mi na wzór nasze­go Pana, Jezu­sa Chry­stu­sa, Baran­ka zabi­te­go i zmar­twych­wsta­łe­go. Dobre­go Paste­rza i Łow­cy serc ludz­kich. Opo­wia­daj­my się więc do koń­ca po Jego stro­nie. Nawet za cenę chwi­lo­wej nie­po­pu­lar­no­ści, prze­mi­ja­ją­cej nie­chę­ci, pogar­dy czy nawet cza­so­we­go męczeń­stwa. Aby świat uwie­rzył. Amen.