0:00/ 0:00
Wydarzenia

Nie ma takiego jak Jezus … — wczasorekolekcje dla chorych

Nie ma takiego jak Jezus … — wczasorekolekcje dla chorych

Był to pięk­ny czas odro­dze­nia róż­nych sił, moment, kie­dy czło­wiek mógł spo­koj­nie spoj­rzeć na swo­ją codzien­ność – nie zawsze łatwą do udźwi­gnię­cia” – tak roz­po­czy­na swo­je świa­dec­two pani Doro­ta – uczest­nicz­ka wcza­so­re­ko­lek­cji zor­ga­ni­zo­wa­nych przez para­fię mariac­ką dla cho­rych. Wyjazd ten był nie­zwy­kły rów­nież dla wolon­ta­riu­szy, któ­rzy wspo­mi­na­ją, że dla nich „było to poświę­ce­nie chwi­li cza­su, nato­miast dla kogoś – naj­cen­niej­szy pre­zent, jaki mógł otrzy­mać”, a oni sami nauczy­li się od star­szych rado­ści z małych rze­czy, poko­ry, by umieć przyj­mo­wać pomoc od innych i sami o nią pro­sić, dzie­cię­cej wia­ry i ufno­ści wobec Tego, któ­ry nas stwo­rzył”.

Cho­rzy i nie­peł­no­spraw­ni para­fii mariac­kiej wraz z wolon­ta­riu­sza­mi ze wspól­not „Pana­ma”, „Lilia”, „Huta Ducha Świę­te­go”, sio­stra­mi zakon­ny­mi ze Zgro­ma­dze­nia Sióstr Kano­ni­czek Ducha Świę­te­go de Saxia: s. Ewą i s. Mile­ną, oraz z księż­mi mariac­ki­mi: ks. Paw­łem Gło­wa­czem i ks. Grze­go­rzem Kota­lą oraz z o. Pio­trem Loose z Towa­rzy­stwa Ducha Świę­te­go, od 20 do 27 sierp­nia odby­li wcza­so­re­ko­lek­cje w Zembrzy­cach.

Zarów­no uczest­ni­cy, jak i wolon­ta­riu­sze zgod­nie twier­dzą, że czas, któ­ry spę­dzi­li razem, był doświad­cze­niem wiel­kiej łaski i miło­sier­dzia Pana Boga. Kil­ko­ro osób, któ­re na co dzień ma trud­no­ści w poru­sza­niu się i bar­dzo rzad­ko wycho­dzi z domu, przy­zna­ło, że przed wyjaz­dem mia­ło wie­le obaw ze wzglę­du na ogra­ni­cze­nia rucho­we i koniecz­ność pomo­cy przy wyko­ny­wa­niu codzien­nych czyn­no­ści. Szyb­ko jed­nak uspo­ko­iły się doznaw­szy wspar­cia ze stro­ny mło­dych wolon­ta­riu­szy, któ­rzy z zapa­łem i goto­wo­ścią odpo­wie­dzie­li na mot­to prze­wod­nie reko­lek­cji: „Radość dawa­nia”, a sło­wa pio­sen­ki „Nie ma takie­go jak Jezus” jak echo roz­brzmie­wa­ły pośród nich.

Codzien­ne modli­twy, Eucha­ry­stia, Ado­ra­cja Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu z bło­go­sła­wień­stwem indy­wi­du­al­nym, a tak­że wspól­ne spo­tka­nia, posił­ki i zaba­wy pozwo­li­ły uczest­ni­kom z jed­nej stro­ny czer­pać radość ze spo­tka­nia z Panem Bogiem, a z dru­giej poznać się lepiej i doświad­czyć wspól­no­ty, w któ­rej róż­ni­ce mię­dzy­po­ko­le­nio­we nie były prze­szko­dą, lecz atu­tem: mło­dzi mogli posłu­chać świa­dectw z cza­sów woj­ny i oku­pa­cji, aneg­dot ze spo­tkań z dzi­siej­szy­mi świę­ty­mi i bło­go­sła­wio­ny­mi żyją­cy­mi nie­gdyś w Kra­ko­wie (św. Jan Paweł II, bł. Han­na Chrza­now­ska), a star­si mogli uczest­ni­czyć w pasji, jaką mło­dzi wyra­ża­li w swo­ich talen­tach – śpie­wie, tań­cu… Na roz­pro­mie­nio­nych twa­rzach ryso­wa­ła się radość, wdzięcz­ność i zachwyt nad stwo­rze­niem.

Wdzięcz­ność ta ujaw­nia się w świa­dec­twach, któ­ry­mi wolon­ta­riu­sze i senio­rzy pra­gną podzie­lić się z inny­mi.

WOLONTARIUSZKA AGATA ZE WSPÓLNOTYLILIA”: Jestem peł­na rado­ści z doświad­cze­nia bli­sko­ści Pana Boga nie tyl­ko w Sakra­men­tach, ale i w dru­gim czło­wie­ku. Pomi­mo mło­de­go wie­ku i nie­pew­no­ści co do wła­snych moż­li­wo­ści, oka­za­ło się, że bycie opar­ciem (dosłow­nie i w prze­no­śni) dla dru­gie­go czło­wie­ka, jest dla nas nie tyl­ko moż­li­we, ale tak­że zupeł­nie natu­ral­ne i daje nam dużo rado­ści. Było ono wspa­nia­łą spo­sob­no­ścią do nauki Miło­ści i „szli­fo­wa­nia” swo­je­go ser­ca, pozby­wa­nia się ego­istycz­nych cech, a nabie­ra­nia cech dobro­ci, łagod­no­ści, cier­pli­wo­ści, otwar­to­ści. Nauczy­li­śmy się dostrze­gać potrze­by, któ­rych wcze­śniej nie widzie­li­śmy, ale i nabra­li­śmy sza­cun­ku do tych, któ­rych wiek i cho­ro­ba zmie­ni­ły fizycz­nie, ale któ­rzy zacho­wa­li hart i mło­dość ducha, sta­jąc się dla nas mło­dych świa­dec­twem siły wia­ry, poko­ry oraz wytrwa­ło­ści w zno­sze­niu cier­pie­nia. Wyjeż­dża­jąc z Zembrzyc, wie­dzie­li­śmy, że słu­żąc, my tak­że – może naj­bar­dziej – zyska­li­śmy. Mamy nadzie­ję, że to, cze­go doświad­czy­li­śmy, będzie wciąż owo­co­wa­ło, a przy­jaź­nie, któ­re zawią­za­ły się w cza­sie reko­lek­cji, będą trwa­ły. Dzię­ku­je­my Panu Bogu za ten czas, cze­ka­my na kolej­ne wyjaz­dy i zachę­ca­my do wspól­ne­go uczest­nic­twa w „Rado­ści dawa­nia”.

PANI JÓZEFA: Dla mnie było to wiel­kie prze­ży­cie. Pierw­szy raz uczest­ni­czy­łam w takich reko­lek­cjach wśród mło­dzie­ży i patrzy­łam jak ład­nie zaj­mo­wa­li się star­szy­mi ludź­mi.

WOLONTARIUSZKA NATALIA: Wyjazd na reko­lek­cje dla cho­rych i star­szych był dla mnie zupeł­nie nowym, cen­nym doświad­cze­niem. Koniecz­ność zetknię­cia się z cier­pie­niem była jed­no­cze­śnie trud­na i oczysz­cza­ją­ca. Pozwa­la­ła  spoj­rzeć  na sie­bie i świat z zupeł­nie innej per­spek­ty­wy, co uwa­żam za nie­zwy­kłą lek­cję. Wdzięcz­ność Bogu i ludziom, jaką nosi­li w sobie cho­rzy była napraw­dę wspa­nia­ła i god­na podzi­wu. Moż­li­wość  słu­że­nia dru­gie­mu czło­wie­ko­wi, a przez to same­mu Bogu, dawa­ła ogrom­ną satys­fak­cję i radość. Wspól­nie spę­dzo­ne z senio­ra­mi chwi­le były cza­sem peł­nym dobro­ci  życz­li­wo­ści  oraz inten­syw­nej nauki. Przez te kil­ka dni spo­tka­łam wspa­nia­łych ludzi, dzię­ki któ­rym zbli­ży­łam się do Boga.

PANI MARTAINNE UCZESTNICZKI: Jako uczest­nicz­ki reko­lek­cji zor­ga­ni­zo­wa­nych przez para­fię mariac­ką podzi­wia­my zna­ko­mi­tą orga­ni­za­cję oraz uwzględ­nie­nie potrzeb ducho­wych i fizycz­nych wszyst­kich uczest­ni­ków. Codzien­na Msza św., Ado­ra­cje Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu, nauki reko­lek­cyj­ne, fil­my i wspól­ne modli­twy zaspo­ka­ja­ły potrze­by reli­gij­ne senio­rów o ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach poru­sza­nia się. Tutaj nale­żą się sło­wa uzna­nia i podzi­wu dla wolon­ta­riu­szy – mło­dzie­ży sku­pio­nej przy bazy­li­ce Mariac­kiej. Kul­tu­ra, deli­kat­ność i poświę­ce­nie przy wyko­ny­wa­niu cięż­kich prac pie­lę­gniar­skich było żywą ilu­stra­cją naczel­ne­go hasła reko­lek­cji „Radość dawa­nia”.

WOLONTARIUSZKA: Był to dłu­go wycze­ki­wa­ny wyjazd, a pozy­tyw­ne nasta­wie­nie do nie­go budo­wa­łam przez cały tydzień ado­ra­cji. Zmie­rzy­łam się na nim z cięż­ką pra­cą, obser­wa­cją cier­pie­nia dru­gie­go czło­wie­ka, ale rów­nież z jego wdzięcz­no­ścią i rado­ścią, że może on wresz­cie obej­rzeć ota­cza­ją­cy świat, że potrze­ba tak nie­wie­le, by wywo­łać uśmiech na czy­jejś twa­rzy, że cza­sem spa­cer wystar­czy, by ktoś mógł być napraw­dę szczę­śli­wy. Dla mnie było to poświę­ce­nie chwi­li cza­su, nato­miast dla kogoś był to naj­cen­niej­szy pre­zent, jaki mógł otrzy­mać. Nie­ustan­nie dzię­ku­ję Bogu, że mogłam komuś pomóc, za te wspa­nia­łe oso­by, któ­re mia­łam pod swo­ją opie­ką, za nie­za­stą­pio­ne Sio­stry, ale rów­nież za pozo­sta­łych wolon­ta­riu­szy, któ­rzy potra­fi­li mi pomóc w każ­dej chwi­li. Wszy­scy na tym wyjeź­dzie stwo­rzy­li­śmy zgra­ny zespół i wspa­nia­łą atmos­fe­rę. Wie­lu ludzi mówi o tym, że Panu Bogu sta­rość się nie uda­ła. Ja jed­nak uwa­żam, że otwie­ra ona oczy na potrze­by dru­gie­go czło­wie­ka i uczy miło­sier­dzia wzglę­dem bliź­nie­go.

PANI DOROTA: Był to pięk­ny czas odro­dze­nia róż­nych sił, moment, kie­dy czło­wiek mógł spo­koj­nie spoj­rzeć na swo­ją codzien­ność – nie zawsze łatwą do udźwi­gnię­cia. Po wie­lu roz­ter­kach wresz­cie uzy­ska­łam wewnętrz­ną akcep­ta­cję, że to wszyst­ko, co mnie doty­ka, jest mądre, waż­ne i moż­na tym łatwiej rozu­mieć innych. Dozna­łam wie­lu życz­li­wo­ści, rado­ści i poczu­cia czło­wie­czeń­stwa, za co Bogu ser­decz­nie dzię­ku­ję.

WOLONTARIUSZKA: Bra­ku­je słów, aby opi­sać, jak wie­le reko­lek­cje w Zembrzy­cach wnio­sły do moje­go życia. Dusza moja wiel­bi Pana za to wiel­kie dzie­ło, któ­re­go byli­śmy uczest­ni­ka­mi. Głę­bo­kie wyra­zy uzna­nia, podzi­wu, sza­cun­ku i wdzięcz­no­ści nale­żą się przede wszyst­kim sio­strom kano­nicz­kom Ducha Świę­te­go: Mile­nie i Ewie, któ­re tchnię­te mocą Ducha, doko­na­ły cze­goś napraw­dę nie­zwy­kłe­go. Tę obec­ność Ducha czu­li­śmy wszy­scy na każ­dym kro­ku, On uno­sił się pomię­dzy nami cały czas i to pozwo­li­ło prze­żyć te reko­lek­cje bar­dzo owoc­nie.
Zaczę­ło się to bar­dzo zwy­czaj­nie. Otrzy­ma­łam tele­fon od s. Mile­ny, z pyta­niem, czy nie zechcia­ła­bym zostać wolon­ta­riu­szem na reko­lek­cjach dla senio­rów. Poda­ła mi datę, ogól­ne infor­ma­cje, zapew­nia­ła, że dam radę, lecz cały czas ogar­nia­ła mnie nie­pew­ność. Przede wszyst­kim ze wzglę­du na to, że nigdy wcze­śniej nie podej­mo­wa­łam się opie­ki nad oso­ba­mi star­szy­mi (wyłą­cza­jąc krót­kie odwie­dzi­ny i pomoc  w sprzą­ta­niu), nie mówiąc już o ich kom­plek­so­wej pie­lę­gna­cji. Wie­dzia­łam, że nie będzie to pro­ste doświad­cze­nie. Moje myśli skła­nia­ły się ku zre­zy­gno­wa­niu, cią­gle się waha­łam. Zawsze moim wiel­kim pra­gnie­niem była służ­ba bliź­nie­mu, a ostat­ni­mi cza­sy coraz czę­ściej prze­peł­nia­ło mnie poczu­cie, że tak wie­le od świa­ta otrzy­mu­ję i sama chcia­łam rów­nież czę­ściej się tym dobrem dzie­lić z inny­mi. Kie­dyś bar­dzo zain­spi­ro­wa­ła mnie modli­twa fran­cisz­kań­ska, któ­rej sło­wa czę­sto zaj­mo­wa­ły moje myśli: „O Panie,(…) spraw, aby­śmy mogli nie tyle szu­kać pocie­chy, co pocie­chę dawać; nie tyle szu­kać zro­zu­mie­nia, co rozu­mieć; nie tyle szu­kać miło­ści, co kochać; albo­wiem dając- otrzy­mu­je­my; wyba­cza­jąc- zysku­je­my prze­ba­cze­nie; a umie­ra­jąc, rodzi­my się do wiecz­ne­go życia (…). Ogrom­ną rolę w pod­ję­ciu mojej decy­zji o wyjeź­dzie ode­gra­ła oczy­wi­ście s. Mile­na, któ­ra uży­ła swo­je­go daru prze­ko­ny­wa­nia. Tak napraw­dę głę­bo­ko urze­kła mnie jej wiel­ka ufność, że wszyst­ko będzie dobrze i wia­ra w nas wolon­ta­riu­szy, że podo­ła­my temu zada­niu. Jej nasta­wie­nie bar­dzo nam się udzie­la­ło i pozwa­la­ło roz­wie­wać nasze drob­ne nie­po­ko­je.
Powo­li zaczę­ły się przy­go­to­wa­nia. Sio­stra przed­sta­wi­ła nam swo­ją kon­cep­cję i roz­dzie­li­ła obo­wiąz­ki. Prze­pro­wa­dzi­ła rów­nież szko­le­nie o tym, jak pie­lę­gno­wać cho­rych, co mia­ło dla mnie klu­czo­we zna­cze­nie, gdyż na tym polu byłam kom­plet­nym laikiem. Zwień­cze­niem naszych przy­go­to­wań była dzie­wię­cio­dnio­wa ado­ra­cja w Koście­le św. Woj­cie­cha na kra­kow­skim Ryn­ku.
Pod­czas same­go poby­tu w Zembrzy­cach moje oba­wy samo­ist­nie zosta­ły roz­wia­ne. Wszyst­ko to, cze­go się naj­bar­dziej bałam, przy­szło natu­ral­nie. Nie spra­wił pro­ble­mu widok nago­ści, o co wiel­ce się nie­po­ko­iłam. To obec­ność Ducha, o któ­rej wspo­mnia­łam na począt­ku, dała mi tę łaskę spo­ko­ju i opa­no­wa­nia, abym dobrze peł­ni­ła swo­ją służ­bę. Może nie zawsze było ide­al­nie, ale powta­rza­jąc sło­wa s. Mile­ny: „Spo­koj­nie, damy radę!”, sta­ra­łam się nie oka­zać nie­po­ko­ju, któ­ry cza­sem mnie nacho­dził. Sta­ra­łam się wło­żyć całe ser­ce i oka­zać wie­le czu­ło­ści tym star­szym oso­bom, aby mogły poczuć się potrzeb­ne, żeby zapo­mnia­ły o tym, że zma­ga­ją się z róż­nym  cho­ro­ba­mi, samot­no­ścią, cier­pie­niem. Kie­dy wczu­łam się w ich sytu­ację, uświa­do­mi­łam sobie, w jak trud­nym poło­że­niu się zna­leź­li. Kie­dyś były to oso­by czę­sto zaj­mu­ją­ce waż­ne miej­sce w spo­łe­czeń­stwie, wywo­dzą­ce się z powa­ża­nych rodzin — więk­szość pań było kobie­ta­mi suk­ce­su. Sta­rość zabra­ła tym oso­bom dużą część z tego, co posia­da­ły. Ci ludzie, tak wie­le w życiu doświad­czy­li, prze­ży­li wyda­rze­nia woj­ny, pia­sto­wa­li wyso­kie sta­no­wi­ska i posia­da­ją tak boga­te oso­bo­wo­ści, że aż dech zapie­ra w pier­si. Oso­bo­wość i wspo­mnie­nia, to coś cze­go nikt nie jest  sta­nie im ode­brać. Żywię wobec nich ogrom­ny sza­cu­nek i podziw. Dostrze­głam to, jak wie­le poko­ry wyma­ga­ło od nich korzy­sta­nie z naszej pomo­cy. Sta­ra­li się, jak mogli, być jak naj­bar­dziej samo­dziel­ni, nie chcie­li nas wyko­rzy­sty­wać. Ale my wolon­ta­riu­sze patrzy­li­śmy na to zupeł­nie ina­czej. Nam w tym, co robi­li­śmy, cały czas przy­świe­ca­ło hasło tych reko­lek­cji: „Radość dawa­nia”. Widok uśmie­chu na twa­rzach naszych pod­opiecz­nych wypeł­niał moje ser­ce ogrom­ną rado­ścią i wzru­sze­niem, do tego stop­nia, że wie­le razy nie potra­fi­łam poha­mo­wać łez. Nie­sa­mo­wi­te było to, że z cza­sem oka­zy­wa­li nam rów­nież coraz więk­szą ufność.
Nie mogę nie wspo­mnieć o tym, jak wie­le zna­czą dla mnie wolon­ta­riu­sze, z któ­ry­mi współ­pra­co­wa­łam. Zawsze oka­zy­wa­li życz­li­wość, poda­wa­li pomoc­ną dłoń i wie­dzia­łam, że w każ­dym z nich mam ogrom­ne wspar­cie, co napeł­nia­ło moją duszę spo­ko­jem. To, że w tak krót­kim cza­sie bar­dzo zbli­ży­li­śmy się do sie­bie i świet­nie się rozu­mie­li­śmy, zawdzię­cza­my temu, że mamy podob­ne sys­te­my war­to­ści i w życiu pie­lę­gnu­je­my te same ide­ały. To nie­po­ję­te, że stwo­rzy­li­śmy w takim tem­pie praw­dzi­wą wspól­no­tę opar­tą na jed­no­ści, bli­sko­ści, wie­rze i przede wszyst­kim wypeł­nio­ną Duchem Świę­tym!
Koń­cząc moje świa­dec­two, chcia­ła­bym jesz­cze raz pod­kre­ślić, że w tych sło­wach, któ­re tutaj napi­sa­łam, nie uda­ło mi się zawrzeć wszyst­kie­go, co chcia­ła­bym wyra­zić w związ­ku z reko­lek­cja­mi. To, co dzie­je się w moim ser­cu i duszy jest po pro­stu nie do opi­sa­nia. Są rze­czy, któ­rych nie da się wyra­zić sło­wa­mi, ale wiem, że jest Ktoś, kto rozu­mie tę mowę bez słów. To, co mogę jesz­cze dodać to fakt, że nauczy­łam się w cza­sie reko­lek­cji  bar­dzo wie­le, głów­nie od osób star­szych: rado­ści z małych rze­czy, poko­ry, by umieć przyj­mo­wać pomoc od innych i samej o nią pro­sić, zamiast sta­rać się udo­wod­nić za wszel­ką cenę, że mogę coś zro­bić sama, dzie­cię­cej wia­ry i ufno­ści wobec Tego, któ­ry nas stwo­rzył.
Za to wszyst­ko, co na tych reko­lek­cjach się wyda­rzy­ło, za ludzi, któ­rych spo­tka­łam, za to cudow­ne miej­sce, w któ­rym miesz­ka­li­śmy i za całe to dzie­ło, w któ­rym wzię­li­śmy udział CHWAŁA PANU!