0:00/ 0:00
Kazania

Rana

Rana

Dzi­siej­sze Sło­wo tra­fia w punkt, w sed­no spra­wy naj­bar­dziej natu­ral­nej i ludz­kiej. Prze­cież ludzie z natu­ry rze­czy i z woli Stwór­cy prze­zna­cze­ni są do bycia we dwo­je, do łącze­nia się w pary. Bo stwo­rzył Bóg czło­wie­ka na swój obraz, na obraz Boży go stwo­rzył: stwo­rzył męż­czy­znę i nie­wia­stę (Rdz 1,27). Są od tego pew­ne wyjąt­ki, powo­ła­nia, sta­ny, misje, pro­fe­sje, bo w nich pew­nie pro­ściej być sin­glem. Ale ewi­dent­nie akt stwo­rze­nia czło­wie­ka jako męż­czy­zny i kobie­ty wyty­cza szlak rodzin­ny, a nie sin­glo­wy. Pla­ne­ta sin­gli to nie jest wola Boga. To wymysł ide­olo­gii i kon­su­me­ry­zmu.

W Rumu­nii roz­po­czę­ło się w sobo­tę dwu­dnio­we refe­ren­dum w spra­wie popraw­ki do kon­sty­tu­cji pole­ga­ją­cej na wpro­wa­dze­niu zapi­su stwier­dza­ją­ce­go, że mał­żeń­stwo to wyłącz­nie zwią­zek kobie­ty i męż­czy­zny. Zna­jąc ten­den­cje panu­ją­ce w świa­to­wej poli­ty­ce, Rumu­ni podej­mu­ją decy­zję o wpi­sa­niu na trwa­łe zapi­su o natu­ral­nym porząd­ku rze­czy we wła­sne pra­wo. Taki zapis ma choć­by nie­co ochro­nić przy­szłość rodzi­ny i w kon­se­kwen­cji przy­szłe losy naro­du. Bo na począt­ku stwo­rze­nia Bóg stwo­rzył ich jako męż­czy­znę i kobie­tę: dla­te­go opu­ści czło­wiek ojca swe­go i mat­kę i złą­czy się ze swo­ją żoną, i będą obo­je jed­nym cia­łem (Mk 10, 15).

Rana grze­chu, zamę­tu, ego­istycz­ne­go życia, spra­wia, że w każ­dym poko­le­niu mamy spo­ro kło­po­tów z dozgon­nym mał­żeń­stwem, życiem wier­nym. Pan Jezus napo­ty­ka kło­po­ty w swo­im poko­le­niu, w swo­im naro­dzie: fary­ze­usze macha­ją mu przed ocza­mi listem roz­wo­do­wym dają­cym moż­li­wość roz­sta­nia się mał­żon­kom w pew­nych oko­licz­no­ściach. On stwier­dza, że nie taki jest zamiar Boży. Bóg roz­wo­dów nie czy­ni! Pro­si, żeby nie mąci­li! Żeby popa­trzy­li na dzie­ci!

W XXI wie­ku rana na nie­ro­ze­rwal­no­ści mał­żeń­skiej krwa­wi obfi­cie. Pan Jezus stoi przy nas i patrzy na te rany rodzin, zdep­ta­ne przy­się­gi, dzie­ci pogu­bio­ne w kło­po­tach doro­słych. I wie­le zapew­ne przy­czyn tej wzra­sta­ją­cej licz­by roz­pa­da­ją­cych się mał­żeństw dostrze­ga. Pierw­sza to brak odpo­wied­nie­go przy­go­to­wa­nia czy doj­rza­ło­ści do mał­żeń­stwa. Nie­wie­lu mło­dych ludzi dora­sta spo­łecz­nie do pod­ję­cia obo­wiąz­ków dobrej mat­ki i odpo­wie­dzial­ne­go ojca. Zbyt dłu­gie dora­sta­nie do decy­zji oraz życie pod klo­szem mamy i taty do 30. roku życia nie uła­twia­ją samo­dziel­no­ści. Star­sze poko­le­nie sta­ra się wręcz wyrę­czać w każ­dych kło­po­tach młod­sze, co koń­czy się uciecz­ką przed odpo­wie­dzial­no­ścią za dru­gą, kocha­ną oso­bę. Zda­rza­ją się czę­sto nie­for­mal­ne, jak­by robo­cze związ­ki, któ­re kon­su­mu­ją czło­wie­ka i jego ser­ce ponad mia­rę. Naj­lep­szy okres na decy­zje mija i prze­su­wa się nie­bez­piecz­nie do 40-stki…

Inna przy­czy­na pora­nie­nia jest jesz­cze poważ­niej­sza. Nie­słow­ność. Nowo­żeń­cy sta­jąc przy ołta­rzu dają Bogu sło­wo, że nie opusz­czą współ­mał­żon­ka aż do śmier­ci. Bogu — Jemu dają sło­wo, i gdy­by wia­ra ludzi była praw­dzi­wie głę­bo­ka to wcze­śniej odda­li­by życie, ale dane­go Mu sło­wa by nie pode­pta­li (por. Bóg złą­czył, ks. Ed. Sta­niek). Nie­słow­ność czło­wie­ka nie trak­tu­je na serio ani współ­mał­żon­ka, ani Kościo­ła, ani Boga. Sło­wo jest rzu­ca­ne na wiatr. A prze­cież sły­sze­li sakra­men­tal­ne: „Co Bóg złą­czył, tego czło­wiek niech nie roz­dzie­la!”. Domi­ni­ka­nin, o. Zamor­ski zaob­ser­wo­wał: Nie jest dobrze ze świa­tem, w któ­rym wszyst­ko jest na chwi­lę, na niby, na pró­bę, dopó­ki nam się nie znu­dzi. (…) Czło­wiek prze­sta­je być samot­ny dopie­ro wte­dy, gdy odnaj­du­je w sobie wia­rę w nie­za­wod­ną Obec­ność. W mał­żeń­stwie jest ona zobo­wią­za­niem nie na chwi­lę, nie na niby, nie na pró­bę, ale na zawsze, nawet wte­dy, gdy się znu­dzi. (O. Tomasz Zamor­ski OP, „Ore­mus” paź­dzier­nik 2006, s. 35).

Pod­czas Eucha­ry­stii sta­je­my przed Bogiem jak Jego dzie­ci, nie­co bez­rad­ne. Pora­nio­ne. Nasz świat nas rani, rani­my też sami sie­bie, nie umie­my sami zara­dzić ranie mał­żeństw prze­trą­co­nych. Cho­dzą nam po gło­wie świa­to­we poku­sy. Jed­nak jako dzie­ci Boga zatę­sk­nij­my za pro­sty­mi roz­wią­za­nia­mi, za wia­rą dzie­cię­cą, za słow­no­ścią i wiel­ką wia­rą w Boga, któ­ry roz­wią­zu­je węzły gor­dyj­skie i leczy rany serc roz­bit­ków mał­żeń­skich sobie wia­do­mym spo­so­bem. I pamię­taj­my, że kto nie przyj­mie kró­le­stwa Boże­go i jego zasad pro­sto jak dziec­ko, ten nie wej­dzie do nie­go! Amen.

/​ks. inf. Dariusz Raś/