0:00/ 0:00
Kazania

Wąż i krzyż

Wąż i krzyż

Z prze­ka­zu biblij­ne­go wie­my już od dziec­ka, że wąż sym­bo­li­zu­je zdra­dziec­kie­go sza­ta­na. Opo­wieść Gene­sis jest czy­tel­na: wąż był na tyle prze­bie­gły, że prze­niósł śmierć z sie­bie na ludzi. Z jed­nej stro­ny żydzi gar­dzi­li więc węża­mi, bo peł­za­ły po zie­mi i zabi­ja­ły znie­nac­ka, a z dru­giej wska­zy­wa­li na ich tajem­ni­czość. W tym kon­tek­ście wąż z raju jawi się tak­że jako ostrze­że­nie przed odej­ściem od praw­dzi­we­go Boga na rzecz pogań­skich rytu­ałów i świa­to­po­glą­dów, któ­rych tak­że w cza­sach redak­cji Księ­gi Rodza­ju było wie­le. Kana­nej­czy­cy, Ele­mi­ci, sąsie­dzi żydów dzie­sięć wie­ków przed Jezu­sem uzna­wa­li węża jako sym­bol swo­je­go boga-prze­wod­ni­ka, a Gre­cy i Rzy­mia­nie za sym­bol wręcz uzdro­wie­nia. Bóg w cza­sach Moj­że­sza pra­gnął rów­nież posłu­żyć się sym­bo­lem węża mie­dzia­ne­go, aby uzdro­wić Izra­eli­tów od jadów węży pustyn­nych. Jed­nak autor księ­gi Apo­ka­lip­sy św. Jan, przed­sta­wia­jąc osta­tecz­ne zma­ga­nie dobra ze złem, napi­sał jed­no­znacz­nie: „I został strą­co­ny wiel­ki Smok, Wąż sta­ro­daw­ny, któ­ry zwie się dia­beł i sza­tan” (Ap 12,9).

Bóg, aby nam pomóc i odwró­cić bieg histo­rii nazna­czo­ny jadem „Węża sta­ro­daw­ne­go” posłu­żył się innym zna­kiem — drze­wem krzy­ża. Aby utrzy­mać nas przy życiu, tzn. uzdro­wić z jadu sza­ta­na Bóg Ojciec posy­ła na zie­mię Syna, któ­re­go moc pozna­je­my na drze­wie krzy­ża. Każ­dy, kto w Nie­go wie­rzy, ma życie wiecz­ne (por. J 3,14−15). Wąż-sza­tan w raju posłu­żył się drze­wem jak narzę­dziem śmier­ci. Za jego przy­czy­ną Adam i Ewa odda­li swo­ją wolę złej mocy, popeł­ni­li tak wiel­ki grzech, że utra­ci­li raj. Lecz inne drze­wo, drze­wo na Gol­go­cie przez Chry­stu­sa sta­ło się narzę­dziem uzdro­wie­nia. Dla­te­go tutaj dziś jeste­śmy.

Choć Pan z krzy­ża skar­ży się sło­wa­mi Psal­mu 22 prze­bo­dli moje ręce i nogi, poli­czyć mogę wszyst­kie kości moje, to na drze­wie odby­wa się wła­śnie pro­ces prze­ciw­ko jado­wi dia­bła. Naj­bar­dziej bole­sna sce­na w histo­rii ludz­ko­ści, koń­czy się nowym tchnie­niem, rekre­acją świa­ta, daje nową atmos­fe­rę i uzdra­wia ze smo­gu zła. Przez odda­nie Syna Boże­go świat oddy­cha na powrót od cza­su raju „czy­stym powie­trzem”. A nasz Mistrz jest pierw­szym i auten­tycz­nym świad­kiem Boga, pierw­szym męczen­ni­kiem — boskim Leka­rzem, pierw­szym, któ­ry wypił jad śmier­ci i go poko­nał. W ten spo­sób otwie­ra się dla nas nowa per­spek­ty­wa życia z Ducha. Za Meli­to­nem bisku­pem z Sar­des, powta­rza­my, że Jezus zstą­pił z nie­ba na zie­mię jak­by lekarz dla cier­pią­ce­go czło­wie­ka i przy­obló­kł­szy się w cia­ło w łonie Dzie­wi­cy wyszedł stam­tąd jako czło­wiek. Bio­rąc cia­ło pod­le­głe cier­pie­niu, wziął na sie­bie mękę cier­pią­ce­go czło­wie­ka i znisz­czył ją. Duchem zaś, któ­ry nie mógł umrzeć, zabił śmierć — mor­der­czy­nię czło­wie­ka.

Nasze­mu życiu towa­rzy­szą zna­ki krzy­ża, zna­ki Leka­rza. Tyle ich na oko­ło, nie tyl­ko na kościo­łach, w domach, w szpi­ta­lach, w miej­scach publicz­nych. Chlu­bi­my się nimi. Wska­zu­ją nam zdro­wą dro­gę przy­ka­zań Bożych. Nie tych przy­ka­zań świa­ta, któ­re mówią: pamię­taj żebyś żył tak, aby zawsze było ci przy­jem­nie. Ta pokręt­na dro­ga węża pro­du­ku­je samot­ni­ków i kon­su­men­tów doznań. Zamiast życia według kry­te­rium praw­dy i podej­mo­wa­nia sen­sow­ne­go tru­du nie­je­den czło­wiek pcha się ku reli­gii samo­wy­star­czal­no­ści i samo­lub­stwa. Po co jed­nak pry­wat­nie powta­rzać błę­dy Ada­ma i Ewy?

Sto­imy wśród wie­lu świad­ków, któ­rzy naśla­du­ją Chry­stu­sa. Trzy­ma­my się dro­gi krzy­ża, bo wokół Nie­go nie roz­le­wa się żad­na tru­ci­zna. Reali­zu­je­my testa­ment krzy­ża. Pra­cu­je­my nad sobą, nad posta­no­wie­nia­mi, nad bli­sko­ścią Chry­stu­sa na co dzień. Nie szu­ka­my dróg popra­wy na skrót, bez krzy­ża. Pisał o tym wspa­nia­le ks. Jan Twar­dow­ski w wier­szu Krzyż:
cza­sa­mi krzyż ofu­ka ude­rzy ubo­dzie
z krzy­żem jest się na zawsze by sprze­czać się co dzień
jeśli go nie utrzy­masz to sam cię pod­nie­sie
a szczę­ście tak jak zawsze o tyle o ile
bywa że się uśmie­cha
gdy myśli zapew­ne chce mnie zrzu­cić
zoba­czysz że cię­żej beze mnie.

Wypa­dek spa­lo­nej kate­dry Notre Dame de Paris wska­zu­je nam, że życie chrze­ści­jan w Euro­pie zwią­za­ne jest z krzy­żem. Jed­nak­że nasz Bóg nie umie­ra wraz ze spa­lo­ny­mi kate­dra­mi. Bóg żywy karze je odbu­do­wy­wać z popio­łów. Jak każ­de nawet naj­bar­dziej pod­nisz­czo­ne życie, Bóg przy dobrej woli czło­wie­ka uzdra­wia i pro­wa­dzi na pro­stą krzy­we linie życia. Co praw­da, jad złe­go węża dosię­ga jesz­cze całych obsza­rów losu ludz­kie­go na zie­mi, ale nic nie może nas już poko­nać przy krzy­żu. Tę praw­dę  nam przy­po­mi­na dzi­siej­sza pro­ce­sja. Bo jeste­śmy szczę­śli­wi: żyje­my w epo­ce po zwy­cię­stwie Jezu­sa i leczy­my się Jego zdro­wym odde­chem. Amen.

/​ks. inf. Dariusz Raś/​