0:00/ 0:00
Kazania

Wypłynął na głębię

Wypłynął na głębię

Ta wia­do­mość dotar­ła do kra­ko­wian kil­ka dni temu. Po cięż­kiej cho­ro­bie nowo­two­ro­wej odszedł do wiecz­no­ści, do domu Ojca nie­bie­skie­go, ks. Kano­nik Anto­ni Okrze­sik, wpi­sa­ny jak rzad­ko kto w kra­jo­braz Sta­re­go Mia­sta nasze­go Kra­ko­wa. Kapłan, rek­tor senior kościo­ła św. Woj­cie­cha w Kra­ko­wie, przed­tem wie­lo­let­ni nota­riusz Sądu Metro­po­li­tal­ne­go Archi­die­ce­zji Kra­kow­skiej, wykła­dow­ca Papie­skie­go Wydzia­łu Teo­lo­gicz­ne­go w Kra­ko­wie, a przez ostat­nie lata spo­wied­nik Mariac­ki. Był jed­nym z nas. I to przed trum­ną z jego docze­sny­mi szcząt­ka­mi modli­my się dzi­siaj, skła­da­my Bogu ofia­rę za życie czło­wie­ka i duchow­ne­go, któ­re­go zna­li­śmy i kocha­li­śmy. Dzie­je się to wszyst­ko przez Chry­stu­sa, któ­ry wybrał i pobło­go­sła­wił ks. Anto­nie­go już na chrzcie. Z Chry­stu­sem, któ­re­mu słu­żył w sutan­nie pra­wie 60 lat od świę­ceń pre­zbi­te­ra­tu, i w Chry­stu­sie, któ­ry życie dał za ks. Anto­nie­go i wezwał go po pró­bie cho­ro­by do sie­bie.

Nasz ks. Anto­ni prze­żył lat wie­le, licząc kalen­da­rzo­wo 84. Wypły­nął na głę­bię powo­ła­nia. Peł­nił z wia­rą licz­ne funk­cje we wspól­no­cie wie­rzą­cych, wśród kra­ko­wian jed­nak wyko­ny­wał misję naj­dłu­żej, dla­te­go może­my z pew­no­ścią powie­dzieć o nim: to był kapłan, któ­ry nie żył dla sie­bie! Żywy pomnik para­fii Mariac­kiej, dow­cip­ny, wraż­li­wy, cichy, pokor­ny, w jego oczach pali­ły się iskier­ki rado­sne­go dobra. Pił na śnia­da­nie mię­tę. Na Dzień Kobiet kupo­wał wia­dro tuli­pa­nów, aby je z uśmie­chem roz­da­wać to tu, to tam, a odwie­dza­ją­cym go sze­ro­ko otwie­rał lodów­kę z cze­ko­la­dą dla dzie­ci doda­jąc: bierz­cie ile chce­cie. Jed­na z waż­nych oso­bi­sto­ści mia­sta przed laty zaświad­czy­ła mi dys­kret­nie: on nas tu wszyst­kich na tych sta­rych ulicz­kach kra­kow­skich trzy­ma, cho­dzi mię­dzy nami, cicho poru­sza się pomię­dzy stra­ga­na­mi, skle­pa­mi, apte­ka­mi, kio­ska­mi i nam szczę­ści, bło­go­sła­wi swo­ją pro­stą obec­no­ścią. No kocha­ni, chciał­bym sam usły­szeć kie­dyś takie same sło­wa o sobie. Ale na to sobie potrze­ba spe­cjal­nie zasłu­żyć! Być z ludź­mi nie­po­wierz­chow­nie… On umiał roz­ma­wiać z ludź­mi jak nikt inny, współ­pra­co­wał umie­jęt­nie z sio­stra­mi zakon­ny­mi, odwie­dzał sys­te­ma­tycz­nie cho­rych, m.in. kapła­nów — jak świad­czą para­fia­nie — ks. Bog­da­na Kolin­ka i ks. inf. Kazi­mie­rza Sude­ra. Dzi­siaj w Kra­ko­wie i jutro w rodzin­nym Żyw­cu żegna­my więc nasze­go księ­dza, księ­dza głę­bo­kie­go duchem, któ­ry był czło­wie­kiem pozba­wio­nym ego­izmu naszych cza­sów. Czy­ni­my to ze łza­mi wzru­sze­nia i chrze­ści­jań­skiej dumy. Bo ogar­nia nas i wiel­ki żal za zmar­łym, i dzięk­czy­nie­nie za nie­go, któ­ry tak dobrze wypeł­nił daro­wa­ny mu czas. Bóg dał mu wiel­ki talent pra­co­wi­to­ści, swo­je obo­wiąz­ki wyko­ny­wał pra­wie do koń­ca i prze­szedł do nie­bie­skie­go domu, gdzie go powi­tał jako ducho­we­go bra­ta św. Anto­ni, jego chrzciel­ny patron.

Jed­na choć­by medial­na ilu­stra­cja poko­ry duchow­ne­go. One­go cza­su sta­nął na Ryn­ku Głów­nym tuż obok romań­skie­go kościo­ła św. Woj­cie­cha  tzw. „szkla­ny bun­kier kawiar­nia­ny”. W Kra­ko­wie zawrza­ło. Miesz­kań­cy nie rozu­mie­li, dla­cze­go wła­dze pozwo­li­ły, by w ser­cu mia­sta, przed kościo­łem św. Woj­cie­cha, sta­ła tak dziw­na kon­struk­cja. Media się obu­rza­ły. Budo­wie pawi­lo­nu w roku 2010 był prze­ciw­ny rów­nież ks. rek­tor Anto­ni Okrze­sik. Lecz jak­że kul­tu­ral­nie i pokor­nie to czy­nił. Powie­dział wów­czas pra­sie tyl­ko tyle: Wystar­cza­ją­co dużo jest restau­ra­cji i kawiar­ni w Ryn­ku. Tej, tuż przy wej­ściu do św. Woj­cie­cha w ogó­le nie powin­no się sta­wiać. Wyra­ził opi­nię, nie rzu­cał sło­wem jak kamie­niem. Po paru mie­sią­cach, po remon­cie ryn­ku szkla­ny pawi­lon prze­cież znik­nął. Ks. Anto­ni nie nosił w sobie ura­zy do kawo­szy, ani oni do nie­go.

Wspo­mi­na go kole­ga rocz­ni­ko­wy, bp Kazi­mierz Gór­ny z Rze­szo­wa: Do koń­ca swo­je­go ziem­skie­go życia był skrom­ny, jed­no­znacz­ny, mało myślą­cy o sobie — Słu­ga Boży. Pro­wa­dził pro­sty styl życia, przy­stęp­ny jako czło­wiek dla każ­de­go, nie zno­sił pyszał­ko­wa­to­ści. Miał zro­zu­mie­nie dla ludzi, zwłasz­cza w ich róż­nych trud­nych sytu­acjach, sza­no­wał wol­ność oso­bi­stą każ­de­go czło­wie­ka. Dodam za zgo­dą aktu­al­ne­go ks. rek­to­ra Andrze­ja z kościo­ła św. Woj­cie­cha, że ks. Antoś męż­nie zno­sił cho­ro­bę i chęt­nie pod­da­wał się zale­ce­niom, cier­pli­wy, pra­cu­ją­cy nad swo­im cha­rak­te­rem aż do koń­ca, nie skar­żą­cy się, współ­pra­cu­ją­cy z leka­rza­mi. Niech będą prze­pa­sa­ne bio­dra wasze i zapa­lo­ne pochod­nie (Łk 12, 35).

Kie­dy widzia­łem go ostat­ni raz w Swo­szo­wi­cach, w domu księ­ży, wyglą­dał pogod­nie, leżał w pół śnie, jak­by śpią­cy rycerz, jak­by uśpio­ny mitycz­ny Gie­wont, dum­nie, zanu­rzo­ny w modli­twie. Było to swo­iste memen­to. Te dni odcho­dze­nia śp. księ­dza Anto­nie­go dla nas kapła­nów i wszyst­kich zna­ją­cych go ludzi sta­ły się swo­istym przy­po­mnie­niem praw­dy, że jeste­śmy śmier­tel­ni. Nasze życie ziem­skie ma swój kres, ono do tego doj­rze­wa, ono się zmie­nia, ale się nie koń­czy, i gdy roz­pad­nie się dom docze­snej piel­grzym­ki, znaj­dzie­my przy­go­to­wa­ne w nie­bie wiecz­ne miesz­ka­nie (1. pre­fa­cja o zmar­łych). Czy w to wie­rzy­my? Czy rozu­mie­my tę naukę Jezu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go i zmar­twych­wsta­łe­go? Ksiądz Anto­ni nam ją cicho przy­po­mi­na tu i teraz.

Ks. Okrze­sik zosta­wił nam po sobie obfi­ty, nie­pi­sa­ny testa­ment modli­twy, poboż­no­ści, wię­zi z Bogiem, sku­pie­nia na Eucha­ry­stii, solid­nej i deli­kat­nej zara­zem spo­wie­dzi peni­ten­tów, dba­ło­ści o spra­wy nie­wi­dzial­ne, bar­dziej niż o te przy­ziem­ne. Taka była jego dro­ga. Jeśli ktoś zapy­ta skąd on brał tę dobroć, to odpo­wiedz­my szcze­rze: z wię­zi ducho­wej z Bogiem, z medy­ta­cji życia jako daru z góry, z naśla­do­wa­nia Jezu­sa. Bo innych bogactw nie pozo­sta­wił wie­le nasz kapłan. Kto odwie­dzał go w miesz­ka­niu przy pla­cu Mariac­kim to o tym wie. On za nas się modlił i nas to czy­ni­ło lep­szy­mi w zago­nie­niu świa­ta, a jemu zapew­ni­ło odpor­ność na czas cho­ro­by i wspo­mo­gło na godzi­nę przej­ścia. W tym miej­scu ser­decz­nie dzię­ku­ję ks. dyrek­to­ro­wi i sio­strom Alber­tyn­kom, pie­lę­gniar­kom domu księ­ży za dosko­na­łą medycz­ną i chrze­ści­jań­ską opie­kę nad naszym ks. Kano­ni­kiem przez ostat­nie 20 dni. Był w Swo­szo­wi­cach wśród swo­ich. To się czu­ło.

Śp. kapłan Anto­ni prze­szedł do wiecz­no­ści przez lata peł­ne prób, doświad­czeń i suk­ce­sów. Były to lata przed­wo­jen­nej Pol­ski, potem woj­ny i oku­pa­cji, komu­ni­stycz­nej PRL oraz nowej Pol­ski. A on był prze­dziw­nie wpi­sa­ny w tłum ludzi. Jak dobry pasterz prze­by­wał z owca­mi. Jego czas ziem­ski się zakoń­czył, a my jesz­cze swój czas dopi­su­je­my w kalen­da­rzach. Jego odej­ście nad ranem, mię­dzy pierw­szym piąt­kiem mie­sią­ca a pierw­szą sobo­tą stycz­nia roku 2020 pozo­sta­wia nam zna­czą­ce śla­dy pro­wa­dzą­ce do nie­ba. Dla­te­go powtórz­my za św. Paw­łem: Nikt z nas nie żyje dla sie­bie i nikt nie umie­ra dla sie­bie: jeże­li bowiem żyje­my, żyje­my dla Pana; jeże­li zaś umie­ra­my, umie­ra­my dla Pana. I w życiu więc i w śmier­ci nale­ży­my do Pana. Po to bowiem Chry­stus umarł i powró­cił do życia, by zapa­no­wać tak nad umar­ły­mi, jak nad żywy­mi. Wszy­scy prze­cież sta­nie­my przed try­bu­na­łem Boga (Rz 14). Uży­wa­jąc słów bisku­pa Kazi­mie­rza ze świa­dec­twa, któ­re przy­słał niech będzie mi wol­no powie­dzieć ostat­nie zda­nie tego zamy­śle­nia przez łzy: Dro­gi Księ­że Anto­ni — pamię­taj w domu nasze­go Ojca nie­bie­skie­go o nas, o nas kole­gach, ale tak­że o tych, któ­rych spo­tka­łeś na dro­dze swo­je­go życia. Amen.

/​ks. inf. Dariusz Raś/​
Kaza­nie wygło­szo­ne pod­czas Mszy św. żałob­nej śp. ks. Anto­nie­go Okrze­si­ka